Jak coś wydaje sie nie mieć sensu, to i tak ma

17-tego maja siedząc rano z gorącą kawą przy biurku i scrollując fejsa natknąłem się na zdjęcie mojego kolegi przed Inea Stadion w Poznaniu. Okazało się, że tego dnia była rozgrywana druga tura eventu realizowanego przez GoodGame League. Nie mając nic lepszego do roboty udałem się tam pokibicować, bo mimo, że gram (z małymi i większymi przerwami) w CS’a jakieś 9 lat, to nigdy nie byłem na żadnym LANie. Wsiadłem w autobus, 30 min i jestem na miejscu. Jakieś 15 minut szukałem kasy biletowej, ale jej nigdzie nie było. Spotkałem w końcu obsługę tego wydarzenia i poinformowano mnie, że tą dychę za bilet mogę sobie darować i wstęp jest wolny <dzięki chłopaki>. Po drodze na główną scenę natknąłem się na stoiska z gadżetami związanymi z esportem, kilka pecetów gdzie gimbusiarnia grała w Fortnite i strefę z VR i oculusem. Nie zrobiło to na mnie większego wrażenia i poszedłem prosto na trybuny. Jakie było moje zdziwienie, gdy ujrzałem że na trybunach było jakieś 30 osób… Niepewnie usiadłem obok znajomego i po przywitaniu wlepiłem swój wzrok w ekrany, na których pokazywany był mecz X-KOM Team vs Windigo. Słońce cholernie smażyło mi lewą stronę twarzy, ale mecz był tak emocjonujący, że nie zwracałem na to uwagi. Comeback zrobiony na pierwszej mapie przez ekipę z „X” w nazwie był czymś pięknym! Mimo tych kilkudziesięciu osób na trybunach gracze starali się dla nas i dla splendoru, bowiem w turnieju brały udział drużyny polskie i europejskie, ale wszystkie oprócz ekipy X-KOM odpadły w przedbiegach. Pogoda była nie do zniesienia i wolałem udać się do domu tuż po końcu mapy, niż chodzić tydzień z poparzeniem trzeciego stopnia połowy twarzy. Wychodząc z obiektu okazało się, że jednocześnie realizowany był pokaz foodtracków, ale uważając ten wymysł za hipsterski shit pognałem na przystanek. Resztę meczy obejrzałem w domu z butelką piwa w ręku. Możecie mówić, że Janusz ze mnie, ale należało schłodzić organizm po takich temperaturach jakie panowały na zewnątrz. Emocji było co nie miara, bo Polacy w finale grali na krawędzi przetrwania. Najwyraźniej nie mogą od samego początku grać jak należy, a dopiero gdy przeciwnik jedzie ich 10:5 biorą się w garść. Ale mi to nie przeszkadza, bo według mnie o wiele przyjemniej ogląda się mecze z elementem zaskoczenia, a nie te gdzie do samego początku wiadomo kto wygra. Po zajęciu pierwszego miejsca przez Polaków <gratulacje> doszedłem do wniosku, że nie liczy się ile osób było na tym turnieju, ale liczyły się emocje. Strach przed przegraną „naszych”, radość w chwilach triumfu, pytanie „czy na pewno uda się im rozbroić bombę?”, coś pięknego. Wtedy widzisz tych ludzi wokół Ciebie i wiesz, że ta gra i emocje Was łączą. Nie widzieliście się nigdy wcześniej, ale moglibyście przegadać parę godzin w knajpie, bo jest rzecz która Was łączy.

Ludzie są takimi istotami, ze wspominając sytuacje sprzed kilku-kilkunastu lat nie pamiętają szczegółów wydarzeń, bo mózg musi co jakiś czas kasować zawartość naszego „dysku twardego”. Jeśli ktoś nas zranił przypominamy sobie smutek, jeśli wspominamy randkę czujemy motyle w brzuchu. Wychodzę teraz z założenia, ze nawet jeśli coś wydaje się nie mieć sensu, jak turniej dla garstki osób czy zaproszenie na pozornie nudną imprezę czy wycieczkę to i tak warto iść.

Bo chyba lepiej żałować, ze się coś zrobiło, niż że się czegoś nie zrobiło, czyż nie?