Gdybyśmy mogli cofnąć czas, czyli „Life is Strange”

Moja przygoda z „Life is Strange” zaczęła się niedługo po premierze gry. Szukając ciekawych tytułów do ogrania zewsząd zostałem zalany recenzjami 10/10 i pochlebnymi opiniami na temat produkcji studia DONTNOD. Stwierdziłem – „Biere!”  i kupiłem swój egzemplarz. Ucieszony jak dziecko odpakowujące świąteczny prezent usiadłem do komputera, kliknąłem dwa razy ikonkę Steama, a następnie wybrałem nowo nabyty tytuł. Pierwsze wrażenie – wygląda ciekawie. Ciepłe, klimatyczne menu i spokojna muzyka. Pomyślałem sobie, że to zapewne idealna produkcja dla osób poszukujących chwili spokoju i wytchnienia w ciągłym pędzie życia związanym z pracą czy rodziną. Włączyłem pierwszy epizod i… lipa. O ile pierwsze wrażenie było OK, to potem po 20 minutach ciągłego używania naszej mocy (tak, główna bohaterka potrafi cofać czas) w klasie i przesłuchując ten sam wykład o zjawisku jakim jest „selfie” poległem. Stwierdziłem, ze to jakiś indie shit, który jest jedną z tych produkcji robionych specjalnie pod „jutuba” ku uciesze gawiedzi.

Kolejny raz dałem szansę grze pod koniec 2016 oku. Nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że chyba muszę być jakiś zjebany skoro nie podoba mi się ta gra, a  wszyscy się nad nią jarają. Nie dałem za wygraną, powiedziałem mojej dziewczynie „Chodź, zagramy. Może chociaż przy Tobie będę wytrwalszy” i tak tez zrobiliśmy. Jak tylko zaczęła się gra i kolejny raz przechodziliśmy przez sekwencję w klasie, widziałem już znudzoną minę mojej lubej. Postanowiłem jednak, ze tym razem będę twardy i zobaczę czym ten internet tak się zachwyca.

Ufff! Sekcja w klasie – zaliczona! Personal achievement unlocked!

Przechodzimy do łazienki szkolnej. Tutaj pojawia się początek głównego wątku fabularnego i pierwsze „WTF?!” w głowie gracza. Wybaczcie, ale nie wytrzymałem. Sutuacja wygląda tak: „Przypadkowo” natrafiamy na naszą starą znajomą, która zostaje postrzelona i umiera, a my bawimy się w Jezusa i cofamy czas, a ona wstaje z martwych. Nosz cholera, stwierdziłem, ze to będzie jakaś ckliwa opowieść o dwóch przyjaciółkach BFF i zobaczymy w trakcie gry a) wielki konflikt charakterów b) rozpad przyjaźni i c) ponowne zejście psiapsiółek zwieńczone happy endem. Pierdole, to nie dla mnie. Chyba jakieś bezmózgi lubiące kicz jarają się tą grą. Zirytowany na cały świat i hajsy wyrzucone w błoto odinstalowałem grę i schowałem w czeluściach platformy GabeNa.

Mija pół roku – wkręciłem się

Moja fantastyczna partnerka wyjechała na miesiąc czy dwa do domu na wakacje. Zostając sam na sam z komputerem, Xboxem i telewizorem musiałem jakoś spożytkować ten czas. W dwa miesiące nie zostanę przecież naczelnym filozofem czy malarzem, więc poszedłem po linii najmniejszego oporu. Mocno zastanawiałem się co zrobić, wtem… poczułem woń unoszącej się cebuli, a była to wyprzedaż gier w sklepie Microsoftu oferującego gry na X-klocka! Scroll, scroll, scrol… „O, Life is Strange za 15 ziko, cały sezon.” – „Ej, ale po co ci to? Przecież tego nie lubisz?” – „Zamknij się! Jak kupię na konsolę to będę grał!” Czasami dialog z samym sobą pomaga, więc jak pomyślałem , tak tez zrobiłem. Kupiłem, ściągnąłem, zainstalowałem i świat gry mnie wchłonął. Wchłonął mnie na tyle, że zaczynając grę o 22:00 skończyłem ją ok. 4:00 mimo, że miałem na 9:30 do pracy (pomijając prysznic, śniadanie, dojazd etc). Przez kolejne kilkanaście dni czułem się jak narkoman. Głód dopadał mnie za każdym razem gdy byłem w pracy. „Spokojnie, jeszcze tylko 6 godzin i dowiesz się co było dalej w kolejnym epizodzie, dasz radę”, mówiłem sobie. Było to jedno z najbardziej wciągających rzeczy w moim życiu.

Nooo dobra, a teraz o samym tytule. Plastyka obrazu, tekstury w grze podobne były do faktury olejnych obrazów. Mało szczegółów, światłocienia, wyrazistych kształtów i kolorów sprawiało, że gra była bardzo miła dla oka. Muzyka… O muzyce spokojnie mógłby powstać oddzielny tekst (może powstanie). W większości utwory z klimatów indie rocka z gitarą akustyczną w tle. W zależności od etapu fabuły nie zabrakło też utworów z „mięsem” i pierdolnięciem Kompozycje były zagrane w ciepłych tonacjach przywołujących na myśl słoneczne lato, piękną przygodę. Krótką, ale piękną. Sama gra posiada podział na epizody, jak typowy serial. Można powiedzieć , że to interaktywny serial z opcjami eksploracji i wyboru ścieżki dialogowej. Każdy przedmiot, do którego podejdziemy powie nam coś o świecie gry lub jego mieszkańcach, więc nie warto gnać, po nitce do kłębka mimo, że fabuła zaciekawia nas wraz z każdą sekundą. Iluzja wyboru, tak to dobre sformułowanie. Gry studia DONTNOD często charakteryzują się realnym wpływem wyborów użytkownika na fabułę gry. Po części jest to czysty marketing, po części nie. Owszem, jako gracze mamy realny wpływ na wydarzenia w grze, ale nie mamy wpływu na finalny, najważniejszy wybór. Innymi słowy, gra dla każdego z nas zaczyna się tak samo i kończy się w jeden z dwóch sposobów zaprojektowanych przez twórców, ale sam środek gry, wydarzenia drugo i trzecioplanowe będą już kompletnie innym doświadczeniem. Wydaje mi się, że bardzo sobie cenię tę produkcję, bo skłania do myślenia. Gracz często stoi przed dylematami moralnymi, wyrzutami sumienia czy wyborem mniejszego zła. Przelewamy swoje uczucia, system wartości w świat gry i stajemy się jej częścią. Fabuła zaskakuje z każdym krokiem postawionym w okolicach Blackwell i Arcadia Bay. a główne bohaterki, cóż, typowe nastolatki. Gra dotyka takich tematów jak utrata rodziców, utrata przyjaciół, narkotyki, czyli chleb codzienny sporej części społeczeństwa.

No dobra, już podsumowuję!

W grze zakochałem się od trzeciego wejrzenia. Trochę to trwało i wielce żałuję, że nie dałem jej więcej czasu za pierwszym razem. Jestem wielkim fanem uniwersum Life is Strange i z niecierpliwością czekam na spin-off, czyli „Awesome Adventures of Captain Spirit„. Sądzę, że jeśli jesteś osobą wrażliwą, szukającą dobrej fabuły, klimatu i ciekawie zarysowanych postaci to jest to produkcja dla Ciebie. Aktualnie grę spokojnie można dorwać za ok 30 zł, a do pobrania jest bezpłatny pierwszy epizod na platformy od PC przez PS4, aż po iOS. Nie spodobał Ci się pierwszy odcinek? Spokojnie, reszta rozwali Ci mózg na najbliższe parę tygodni!

 

Eat shit and die! – Maxine Caulfield