Dlaczego pokochałem serię Nexus?

Koniec ery tabletów!

Właśnie tak od dwóch czy trzech lat wieszczą wszelkie portale traktujące o elektronice i technologii. „Jak chcesz mieć dotykowca to kup smartfona, a jak chcesz na czymś pisać co posiada duży ekran to bierz laptopa” – typowa odpowiedź na pytanie o sens kupna „tabletki” w 2018 roku. Gdzie leży prawda? Jak żyć? Tego Wam nie powiem, ale za to cofniemy się jakieś 6 lat wstecz i podzielę się z Wami moim pierwszym tabletem nadającym się do użytku, lecimy!

Manta – początek.

Był sobie taki ja chodzący do drugiej klasy liceum. Tablety zaczęły tanieć i zechciałem sobie sprawić takie smart urządzenie na miarę 2012 roku. Poszedłem na spacer do jednej z sieci sprzedającej elektronikę i nabyłem uwaga <fanfary> tablet marki Manta z 512 MB RAM i chyba ósemką ROMu, SZAŁ! „Od teraz aby przeglądać neta nie muszę siedzieć przy kompie, kosmos”. I tak też było. Tablet chodził jakby chciał, a nie mógł, ale nie narzekałem. Co prawda strony ładowały się powoli, a o odpaleniu GTA III  nie było mowy, no ale sprzęt był. Do YouTube’a czy ebooków jak znalazł!

Nagle po kilku miesiącach użytkowania dopadł mnie przekorny los (z perspektywy czasu się z tego cieszę, bo inaczej nigdy nie kupiłbym nic lepszego). Przyszedł zły, młodszy brat, rzucił plecakiem na fotel jednoczenie tłukąc ekran mojego „dotykowego okna” na świat, a razem z nim wszystkie moje marzenia. „Damn, co teraz, chlip?” Manta to typowy chińczyk, więc nie opłaca się naprawiać, bo ekran kosztuje więcej niż cały tablet. Czas pomyśleć o czymś nowym.

Wybieram wszystkie drobne z portfela.

Po roku od pozbycia się poprzedniego szrotu, będąc w klasie maturalnej, postanowiłem zdecydować się na kolejny tablet. Dylematy cenowe, jakościowe i moralne. Po przejrzeniu setek stron, benchmarków i forów stwierdziłem – „Kupuję flagowca” i nabyłem urządzenie marki ASUS (w pewnych kręgach znane jako SNSV) stworzone przy współpracy z Google nazwane Nexus 7 II i czy tam Nexus 7 2013.

Dla niewtajemniczonych: seria Nexus jest poprzednikiem Pixeli, czyli były to sprzęty w produkcji, których udział brało Google, a urządzenia miały posiadać długie wsparcie i czystego Andka.

Opakowanie – pełen prestiż. Wykonanie? Boskie. Przycebuliłem i kupiłem wersję Wi-Fi zamiast LTE, ale nie czuję się z tym źle, bo internet mobilny 5 lat temu był jeszcze dość drogi, więc i tak bym z niego nie korzystał. 2 GB pamięci RAM wydawały się wtedy szczytem tego co powinien potrzebować człowiek, a 7 cali to był prawie telewizor.

Podsumowanie?

Z urządzenia korzystałem 3 lata. Sprzedałem je tylko dlatego, ze pilnie potrzebowałem tabletu z Windowsem 10. Gdyby nie to, Nexus ciągle gościłby ładnie wyeksponowany na mojej półce lądując w mojej torbie na dłuższe wyjazdy. To co mogę powiedzieć, to to, że praca czystego Androida, szybkość aktualizacji to była bajka. W okresie premiery i rok, dwa potem było mało aplikacji, które mogły go zagiąć. Z racji na dość wysoką półkę, rzeczy takie jak szybkość pamięci, procesor czy układ graficzny były świetne. Nawet niezłe zdjęcia dało się tym zrobić, ale kto robi zdjęcia tabletem? (podpowiedź: ludzie w średnim wieku 😀 )

Jeśli miałbym kupować nowy telefon to na pewno mógłby być to produkt tworzony pod skrzydałami wujka Google. Nie zrobię jednak tego z dwóch powodów: brak oficjalnej sprzedaży w Polsce i wyglad. Samo Google nie objęło naszego kraju oficjalną opcją zakupu urządzenia. Jeśli są jakieś modele dostępne w sklepach na terenie naszego kraju, to są one ściągane przez sprzedawców na własną rękę, a doliczając do tej i tak niemałej kwoty cło, podatki, transport, magazyn i marże, cena robi się niekorzystna. Jeśli zaś chodzi o wygląd, przeszklona góra tyłu obudowy kompletnie do mnie nie przemawia, a tak grube ramki w jednym z najdroższych telefonów na świecie, to śmiech na sali.

Czy telefony z serii Nexus/Pixel to takie ajfony z Androidem? Myślę że można tak powiedzieć i sam się o tym przekonałem.